Menu

MOJE ŻYCIE - PAMIĘTNIKI, OPOWIADANIA

sprawy codziennego dnia,widziane oczami zwykłego człowieka.

"NADAJĘ Z MAZUR" - (51)

oldakowski2013

Okolice Białej Piskiej:

Obok mnie w Rogalach sąsiad zakłada "blachę" na dach, robota trwa pd rana do wieczora, czterech panów uwija się i pracuje nadzwyczaj solidnie, nic nie mogę im zarzucić. Gdyby tak remont jaki przeprowadza moja córka we Wrocławiu, przebiegał w takim tempie byłbym niezmiernie wdzięczny administracji, że wykonała remont szybko tanio i solidnie.

W pierwszy dzień remontu przyszło dwóch panów pracowników i jeden chyba obserwator - uczeń, chyba czternastoletni, a może trochę młodszy. Panowie ze spec grupy obejrzeli front robót, ścianę, która uległa zalaniu i wystąpił grzyb i jednoznacznie stwierdzili. Nigdy przy takim czymś nie pracowaliśmy, ale jak trzeba, to trzeba. Zaczęli skuwać tynk, tak gdzieś około jednego metra kwadratowego, no i oczywiście przy oknie. W  łazience tylko przy oknie, a w drugim pokoju tylko trzeba było przemalować około jednego metra kwadratowego. Roboty niezbyt wiele, ale dla tych panów chyba wręcz przeciwnie, za dużo! Pokuli w kuchni chyba z godzinkę czasu, pozostawili małolata, wręczając mu młotek i przecinak, a sami ulotnili się. Tyle ich dzisiaj córka widziała. Małolat też wkrótce zniknął, a córka została z rozbabraną robotą, oczywiście nie dokończoną.

Drugi dzień remontu. Ekipa w takim samym składzie stawiła się do pracy około południa. Znów zaczęli coś tam kuć, na wszelkie uwagi córki odpowiadali opryskliwie, w końcu stwierdzili, że jak by zapłaciła to by się wzięli za robotę. Tego było za wiele córce, zadzwoniła do ich szefa i zamiast pomocy, szef wielce oburzony na córkę zaczął wykrzykiwać, że on ma takich mieszkań jak córki, jeszcze wiele do remontu. Nie rozerwie się. Pracownicy po godzinie znów zmyli się z mieszkania i z roboty.

Trzeci dzień remontu. Malowanie skutej ściany środkiem farmakologicznym. Piętnaście minut roboty i po "ptokach". Przerwa czterodniowa na schnięcie położonego środka farmakologicznego. Córka wyprowadza się do koleżanki na ten okres. Mieszkanie przez cztery dni schnie. Córka wkurzona, urlop leci, dni uciekają, a postępów w robocie nie widać.

Czwarty dzień remontu. Przyszli, obejrzeli ścianę i chcą tynkować. A może tak dodatkowy środek jeszcze damy, zaproponowała córka. Jaki? Wodę szklaną! Broń Boże, my tego się nie podejmiemy, nie wiemy jak i na co działa woda szklana. Nie pomogły prośby mojej córki, zużyli tylko jedną buteleczkę, taką malutką i przystąpili do klejenia zaprawą ściany. Znów awantura! Panowie, ściana musi wyschnąć, powinniście ją osuszyć, zagruntować. Pani, my tego nigdy nie robiliśmy - powiedzieli i po raz kolejny opuścili w niezgodzie mieszkanie. Córka w rozpaczy! Zadzwoniła do kierowniczki naszej administracji i otrzymała niezłą reprymendę od szefowej budynku. Kłótnia była dość ostra. Pani za bardzo wydziwia, inni lokatorzy spokojnie przyjmują to co im zrobią, a pani jak się nie podoba to proszę sobie zmienić mieszkanie. Tego było dla mojej córki za wiele. Tym razem zadzwoniła do naczelnego dyrektora, który cierpliwie wysłuchał uwag i spostrzeżeń mojej córki obiecując pomoc.

Piąty dzień remontu. W sumie z przerwami to już chyba drugi tydzień leci z tą robotą. Ponownie zjawili się fachowcy i zaczęli kłaść zaprawę na gołą ścianę. Na nic prośby córki, po godzinie zwinęli "majdan" i sobie poszli, zapowiadając się za dwa dni, gdy tynk wyschnie. Rozpacz córki nie ma granic. Mnie tam nie ma, żony również, dziewczyna nie wie co robić, jest zadana sama na siebie. Wszyscy wkoło niej są jej przeciwnikami, szczególnie administracja i pechowa firma, którą właśnie ta administracja zatrudniła.

Szósty dzień remontu. Na wyschnięty tynk, spece kładą gładż. Córka za moja radą nic się nie odzywa, szanuje swoje zdrowie. Gładż szybko wyschła i pracownicy zaczęli malować ściany. Znów wojna, nie taki kolor, nie mogą dorobić, krzyczą, mają tylko pędzel, nie mają wałka, nie mają nic. Pomazali troszeczkę i już ich nie było w mieszkaniu. Córka prawie z płaczem zaczyna robić zdjęcia odstawionej fuszerki, zrobiła ich dwa tuziny, może się przydadzą.

Siódmy dzień remontu (minęło chyba dwa tygodnie) - przyjechali rano i bez żadnego słowa zaczęli malować ściany. Córka, tak jak jej przykazałem nic nie mówi, wykręca numer do dyrektora i ponownie informuje go o przebiegu remontu. Pracownicy na wieść o tym szybko uwijają się i znikają z mieszkania. Na odchodne powiedzieli tylko tyle; teraz niech pani sobie sama wniesie graty. Szlag by trafił takich pracowników i takich ludzi.

Za dwie godziny przyjeżdza dyrektor, kierowniczka administracji i szef tych pracowników. Wizyta krótka, ale owocna. Dyrektor wściekły. "Wszystko do poprawki" - grzmi do szefa i to pan ma to poprawić. Kierowniczka nadzwyczaj jest "słodziutka", tylko do rany ją przyłożyć, szkoda, że nie była taka na początku remontu. Remont chyba zacznie się od nowa. Termin rozpoczęcia za pięć dni, to chyba będzie już czwarty tydzień i chyba będzie to najdłuższy remont w skali całego kraju. A tylko trzeba było osuszyć i oczyścić z grzyba jeden metr kwadratowy ściany. Powtarzam jeden metr kwadratowy ściany. Uff... Zawału można dostać. Wniosków nie wyciągam, wyciągnijcie sobie państwo sami, oceńcie pracę państwowej administracji budynków komunalnych. (T.I.)

"NADAJĘ Z MAZUR" - (50)

oldakowski2013

Okolice Białej Piskiej:

Pogoda diametralnie się zmieniła, jest ciepło ale pochmurnie, nie ma słoneczka. Czyżby znów nadciągały deszcze? Pisałem wam, że okocił mi się królik, miał cztery maleństwa, cieszyłem się, cieszyła się żona, wszystko to trwało do dzisiejszego ranka. Małych nie ma, coś je wyniosło i chyba zjadło, podejrzewam, że to kot sąsiadów. jakim cudem otworzyła się klatka? Taki sprytny byłby ten kot? Mówię wam, aż mnie powaliło na ławkę na wieść o tym. Bardzo przykro mi się zrobiło, takie ładne już były te maleństwa, człowiek przyzwyczaił się do nich i tu na raz taka wiadomość. Nie mogę znależć sobie miejsca na podwórku, zaglądam co chwilę do klatki, a tam pusto, siedzi tylko "zmartwiona" królicza mama. Też chyba przeżywa to co ja i moja żona. Może płacze? Kto to wie? Przecież zwierzęta też mają uczucia, to przecież jej były te maleństwa, ona się zamartwia, a po sąsiedzku napasiony kot zapewne wyleguje się, oblizując się po nocnej kolacji. No cóż, takie bywa życie, teraz na przyszłość będę ostrożniejszy.

Miałem pisać o remoncie u mnie w domu we Wrocławiu, ale jeszcze tam coś robią, tak, że napiszę jutro. Nie wygląda dobrze ten remont, ale wszystko we właściwym czasie. (T.I.)

"NADAJĘ Z MAZUR" - (49)

oldakowski2013

Okolice Białej Piskiej:

Dzisiaj do południa mam chwilę wytchnienia, odpoczywam i wygrzewam się w słonku, które grzeje od samego rana. Z przyjemnością wystawiam twarz ku tej gorącej kuli, póżniej schowam się w cieniu i przeczekam najwiekszą "gorączkę" dzisiejszego dnia. Te kikadziesiąt minut opalania powinno mi wystarczyć. Siedzę, a raczej pół leżę na dużej ławeczce (którą sam zrobiłem) i rozmyślam o wydarzeniach minionych dni. Do tej pory "te" sprawy odstawiłem na bok, ale teraz z nudów powróciły one do mnie i przerażają mnie. Bolą mnie słowa wypowiadane przez totalną opozycję, bolą wiadomości przekazywane przez antyrządowe czasopisma i portale społecznościowe. Czego ci ludzie chcą, dlaczego mówią same kłamstwa, do kogo mówią. Czyż oni nie mają wstydu, honoru i ludzkiej przyzwoitości. Kto i ile im płaci za taką wrogą postawę wobec państwa i narodu. Zastanawiam się jak wyglądałyby ich rządy po przejęciu władzy i jakoś nie mogę sobie wyobrazić takiego rządu, takiego Schetynę w roli premiera, czy Neumanna w roli jakiegokolwiek ministra. Nie mogę! Ale oni wyobrażają siebie w tej roli, wyobrażają siebie jako zbawicieli narodu przed... No właśnie przed czym. Ja mam się dobrze, moja rodzina, przyjaciele i znajomi też mają się dobrze. Nie narzekają... No może troszeczkę na tych właśnie 'zbawicieli" od nie wiadomo czego. Co mi zaoferuje taki Schetyna, Budka, Neumann, Pomaska, Gajewska i wielu wielu innych "zbawicieli" z Platformy Obywatelskiej. No co? Polepszą mi warunki bytowe? Dadzą 1000 plus jako dodatek comiesięczny do mojej emerytury? Ja na to nie dam się nabrać. A co mogą mi zabrać? Oj, wiele rzeczy, nie będę tutaj wymieniał ich, bo pisałbym i pisałbym, a przecież nie o to chodzi. Każdy niech sobie spojrzy wstecz, zastanowi się co miał i spojrzy teraz na obecną terażniejszość i porówna sobie. Komentarz chyba zbyteczny.

Otrzymałem wiadomość z Wrocławia, jutro opowiem wam, jak w takim dużym mieście administracja swoich budynków remontuje mieszkania i jak traktuje swoich mieszkańców, notabene utrzymujących ich na stanowiskach w tych administracjach. Ale to jutro. (T.I.)

"NADAJĘ Z MAZUR" - (48)

oldakowski2013

Okolice Białej Piskiej:

Wczoraj ciepło, dzisiaj cieplutko, piszę to póżno, bo od rana na moim ranczu wrze(wre) praca. Ale zanim napiszę co robię, wrócę na chwilę do wczorajszego dnia. Wszyscy wiemy co za dzień mieliśmy, nie będę opisywał tego powtórnie co wczoraj napisałem. Po południu, po uroczystościach w Warszawie, które obejrzałem na moim komputerze, wybrałem się z żoną, oczywiście rowerami na drugą wioskę do znajomych. Oj, jak ja dawno nie jeżdziłem rowerem, dokładnie rok temu, toteż ciężka była dla mnie ta podróż polną drogą. Jechaliśmy skrótami, więc nic dziwnego, że po takiej polnej drodze, wyboistej, kamienistej, zapiaszczonej i do tego niekiedy zarośniętej byłem bardzo zmęczony, choć to było tylko dwa kilometry. Dla mnie aż dwa ciężkich kilometrów. No, ale dojechałem, jak to zwykle bywa w taki świąteczny dzień, usiedliśmy w ogrodzie przy suto zastawionym stole, miał być grill, ale wszyscy jakoś zrezygnowaliśmy z niego, woleliśmy przysmaki przyrządzone w domowej kuchni. Miło się gaworzyło, sąsiedzi dochodzili, inni odchodzili, towarzystwo wymieniało się. Rozmowa rozkręcała się z każdą minutą, a ja tylko siedziałem i słuchałem, wszak będąc nietutejszym, niewiele miałem do powiedzenia. Miło jednak było słuchać tego wszystkiego, nie żałuję i z chęcią posłuchałbym dalszego ciągu niektórych rozmów. Wróciliśmy póżno, najedzeni, zadowoleni po jednym piwku, ale ono nie przeszkodziło nam w jeżdzie znów tą samą drogą do domu.

A dzisiaj co robiliśmy na ranczu? Wykorzystując wspaniałą pogodę dokończyliśmy rąbanie drzewa, ustawiliśmy kilka słupków pod przyszłe ogrodzenie i rozebraliśmy kawał ściany w starym budynku gospodarczym. Troszeczkę narobiliśmy się, choć nie praca dawała się nam we znaki, tylko to gorąco, ten upał. Ale broń Boże nikt nie narzekał głośno, wręcz przeciwnie, każdy chwalił ten upał i każdy oczekuje, że jurto, pojutrze, pogoda będzie taka sama. Jak lato, to lato, nie czas na wybrzydzanie, zresztą co tu wybrzydzać? Ciepło? (T.I.)

"NADAJĘ Z MAZUR" - (47)

oldakowski2013

Okolice Białej Piskiej:

Święto Matki Boskiej Zielnej, dzisiaj również dzień Wojska Polskiego. Defilada, pokaz naszej siły i zdolności obronnej. W święcie kościelnym nic nie musimy pokazywać, nic nie musimy oglądać, idziemy pomodlić się. Póżniej jednak wracamy do tego drugiego święta i do wspomnień, wszak w tych dniach obchodzimy rocznicę "Cudu Warszawskiego", cudu, który uratował Europę przed najazdem bolszewików. To my, nikt inny, a tylko Polacy zdołali zatrzymać "czerwony " pochód bolszewików w głąb Europy. Tylko my daliśmy radę wojskom sowieckim i dlatego dzisiaj świętujemy wszyscy to wielkie zwycięstwo. Szkoda, że Europa nie czyni tego z nami. Nasze wojsko odradza się, a to za sprawą naszego rządu, ministra Macierewicza i pana prezydenta. Mamy coraz silniejszą, bardziej sprawną armię, zaczynamy liczyć się w Europie i chyba nie tylko. Mamy silnego sojusznika, nie tylko na papierze, on jest tutaj, wśród nas, gotowy przyjść w każdej chwili z pomocą. Mam nadzieję, że taki sojusz jaki mieliśmy w 1939 roku z państwami zachodnimi to już zamierzchła przeszłość i nigdy się taki "papierowy" sojusz nie powtórzy. Cieszy również fakt zwiększania liczebności naszych żołnierzy, taki kraj jak nasz , duży, 40-to milionowy, musi mieć silną i liczebną armię, taką, którą każdy kraj będzie respektował. Można wiele pisać o naszym wojsku dobrego i złego, poprzestanę na tym co napisałem, ale z uwagą będę śledził dalszy rozwój naszej armii.

A co w Rogalach słychać? Po pochmurnym poranku, teraz zaświeciło słoneczko, jest cieplutko, przyjemnie. Razem z żoną jadę do drugiej wioski, do Zacieczk na przyjacielski piknik, czyli na grilla. Oczywiście mięso, czy kiełbaski nie dla mnie, dieta obowiązuje mnie nadal, a tak z drugiej strony, to powiem wam szczerze, że nigdy nie przepadałem za tymi smakołykami pieczonymi na wolnym powietrzu. Zraziłem się, gdy na jednym takim spotkaniu, podawano kiełbaski i mięso niedopieczone, do tego zalatujące zapachem jakiegoś środka którym rozpala się ogień. Od tamtej pory bardzo niechętnie siadam do stołu zastawionego przysmakami z grilla. Co uraz, to uraz, ale wam nie zabraniam tego. Jedżcie, o ile to lubicie i macie na to ochotę. Miłe i przyjemne są takie spotkania w ogrodzie, wśród zieleni, kur, gęsi i innego latającego drobiu, gdy siedzimy nie na krzesełkach jak w mieście, ale na ziemi, czy na kłodach z pociętego drzewa. Siadamy gdzie kto może i nikt nie narzeka na niewygody, każdemu jest dobrze i przyjemnie, a siedząc pod drzewami jabłonek, poczujemy na głowie jabłka spadające z drzewa. Ból jest niewielki, ale strachu można "najeść" się do syta. To spadają tzw. "spady", które od razu można dodać do naszego grilla. Przekąska wspaniała do lampki czerwonego winka lub zimnego jasnego piwka. O innych napojach nie wspominam, choć niektórzy raczą się nimi bez (niekiedy) umiaru. Rozmowy toczą się na wszystkie tematy, wszyscy mówią o wszystkim, czyli tak prawdę powiedziawszy o niczym i właśnie na tym polega cały urok grillowania. Mówienia dużo, a wiadomości mało i troszeczkę, zaczyna nas od tego wszystkiego boleć głowa, czyli pierwszy dzwonek aby szykować się do opuszczenia gościnnego miejsca. Czy czynimy to z ochotą? O, na to już odpowiedżcie sobie sami!! (T.I.) 

© MOJE ŻYCIE - PAMIĘTNIKI, OPOWIADANIA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci